Chamstwo płynie z ust kierowców MPK wartkim strumieniemChciałbym poruszyć temat, związany z wcześniej opublikowanym przez Państwa artykułem. Dotyczył on chamstwa, płynącego z ust kierowców MPK, tak wartkim strumieniem, że niekiedy można się w nim utopić. Oczywiście nie zależy mi, na "wrzuceniu do jednego worka" wszystkich. Osobiście znam nadzwyczaj miłego kierowcę autobusu komunikacji miejskiej. Nie zmienia to faktu, że byłem uczestnikiem wydarzeń i świadkiem sytuacji, których być nie powinno...
)
Fot. Grzegorz Czywkin
Poniżej, opisuję nie tylko kierowców, lecz także innych, związanych z komunikacją i nie tylko, ludzi. Związanych umową o pracę, zaznaczmy, bo jest to bardzo ważne.
Pierwszy raz refleksje pojawiły się w mojej skromnej głowie, kiedy starając się uniknąć deszczu, wsiadłem do autobusu, równocześnie uświadamiając sobie, że nie mam biletu. Nie jechałem na "gapę" - nic z tych rzeczy. Posłusznie podszedłem do okienka kierowcy, który jeszcze nie ruszył z miejsca przystanku, prosząc grzecznie o bilet. Usłyszałem dosłownie: "Nie umiesz czytać?! Są godziny szczytu! Nie mam obowiązku sprzedawać ci biletu! Bezczelne bachory!". Oczywiście, z wielką łaską wyjęty spod spoconego tyłka kierowcy bilet dostałem. Owszem, według rozpiski, o której faktycznie zapomniałem, były godziny szczytu. Tyle, że ruchu na ulicach nie było prawie wcale, a forma, jaką reprezentowała reprymenda kierowcy (kierowana do mnie - wiadomo), nie była właściwa.
Wtedy to, zacząłem zastanawiać się, czyja to wina - zmęczonego kierowcy, znerwicowanego po całodziennej jeździe, niedokrwień jego mózgu, powodowanych przez skrzepy tworzące się w nogach po długim pobycie w pozycji siedzącej, czy brak odpowiedniego wyszkolenia, badań psychologicznych i podejścia do pracy z ludźmi? Nie wiem. Myślę, że "ktoś", powinien zrobić w tym aspekcie "coś".
Następną sytuację - absurdalną zresztą - opisuję, bo męczy mnie psychicznie. Miała ona miejsce podczas poruszania się innym środkiem lokomocji - w pociągu. Jechaliśmy z dziewczyną i naszą przyjaciółką, pociągiem Olsztyn - Gdynia. Kiedy do przedziału wszedł pan konduktor, ubrany schludnie i czysto w swój mundur, nie myślałem, że drzemie w nim ukryta, nutka cwaniactwa i chamstwa ulicznego. Jak zwykle, grzecznie spytał się o bilety, po czym poprosił o legitymacje uprawniające nas do jeżdżenia na "ulgowym". Wszystko było w porządku z moją legitymacją, lecz kiedy wziął do ręki legitymację mojej przyjaciółki - jak to mówią - "nóż mi się w kieszeni otwierał". Wystawił rękę z legitymacją poza drzwi przedziału, z cwaniackim uśmieszkiem pokazując swojemu koledze i mówiąc: "Eee, taka sobie, co?". Po tym, wziął legitymację mojej dziewczyny i zrobił to samo, co z poprzednią, mówiąc: "Ta już zdatna, nie?". Kiedy nacieszył się z gniewu rysującego się na mojej twarzy, bądź dziwnym trafem odczytał moje myśli i przestraszył się, wyszedł, nie zamykając nawet drzwi od przedziału. Zaznaczam, że wcześniej były zamknięte. Nie chcą Państwo wiedzieć, o czym myślałem kiedy odchodził.
Te dwa wydarzenia, to tylko przedsmak tego, co mógłbym napisać, a przecież nie tylko ja doświadczam takich rzeczy - dowodzi tego artykuł z "Gazety Olsztyńskiej", który mnie zainspirował do napisania do Państwa. Wniosek? Ludzie w Polsce (nie tylko w naszej okolicy), nie związani jedynie z komunikacją, lecz prawie ze wszystkimi zawodami, mają poczucie władzy nad klientem, kiedy (może to będzie zbyt ostre, ale co mi tam) powinno być odwrotnie. Ekspedientki - zawsze zmęczone i urażone brakiem drobnych. Kierowcy - obelżywi. Lekarze - ignoranci. Policjanci - tu, już żal pisać... Chyba tylko meneliki spod śmietnika, potrafią w dzisiejszych czasach powiedzieć z uśmiechem: "Przepraszam, mogę przejść, szanowny panie?", a potem spytać o papierosa i ogień. Pytanie - dlaczego moja mama, po dwudziestukilku latach pracy jako pielęgniarka, potrafi się uśmiechać do pacjentów, choć pracuje ciężej (zarówno umysłowo jak i fizycznie), niż kasjer w sklepie spożywczym? Nie, nie - nie dostaje wcale ogromnej pensji. Uśmiecha się i pomaga, bo to jest jej praca.
Proponuję więc pracodawcom, zastanowić się, czy przyjmują właściwą osobę, czy narcystycznego nieroba, bo kiedy klienci naprawdę ucierpią, na pewno ucierpią i oni.
Internauta: Michał Bytyński